W inauguracyjnych meczach polskiej reprezentacji zadebiutował również Józef Cieślak, który wraz z czterema innymi graczami Sparty, Warwasem, Suskim, Świetlińskim i Foksińskim, znalazł uznanie trenera Jerzego Tila. Polska zwyciężyła wówczas Jugosławię „B” 21:13 i Austrię 12:9, a w trzecim meczu uległa pierwszej ekipie Kup teraz: 100 lat polskiej piłki ręcznej 1918-2018 za 150,00 zł i odbierz w mieście Wroclaw. Szybko i bezpiecznie w najlepszym miejscu dla lokalnych Allegrowiczów. Książka Piłka Ręczna na Allegro.pl - Zróżnicowany zbiór ofert, najlepsze ceny i promocje. 100 LAT POLSKIEJ PIŁKI RĘCZNEJ HISTORIA BDB. od. Super Historia piłki ręcznej. Historia piłki ręcznej sięga tak naprawdę czasów starożytnych i popularnych w Grecji i Rzymie grach urania czy herpastum. „Handball” (czyli „piłka ręczna” w języku angielskim) w dzisiejszym rozumieniu zawdzięcza swoje pochodzenie duńczykowi – Holger Nielsenowi, który w 1906 roku opublikował Pierwszym elementem, na który wypadałoby zwrócić uwagę przy ocenie książki "100 najważniejszych wydarzeń w polskiej piłce nożnej", jest godna uznania staranność jej wydania. Od strony wizualnej prezentuje się ona nienagannie, wręcz wzorcowo – poczynając od okładki, przez układ graficzny poszczególnych rozdziałów, a Kętrzyn leży w historycznych Prusach Dolnych, na obszarze dawnej oraz we wschodniej części . Położony jest kilkanaście kilometrów na wschód od granic. Niegdyś prężny ośrodek przemysłowy, dzisiejszy Kętrzyn jest niewielkim i ciągle malejącym miastem z liczbą mieszkańców wynoszącą 27 478, z czego 52,5% stanowią kobiety, a GVPu. W historii naszego futbolu nie brakuje podobnych zagadek, z których wiele już nie rozwiążemy. Upłynęło zbyt wiele czasu, świadkowie nie żyją, a ocalałe wspomnienia nie pozwalają ustalić prawdy. Są i takie tajemnice, które przestałyby nimi być, gdyby tylko ci, których one dotyczą, zdecydowaliby się o nich opowiedzieć. A oni od lat konsekwentnie milczą. Bohdan Łazuka przed mistrzostwami świata w Hiszpanii śpiewał: „Uśmiechów, radości, kłopotów czy żalu, czego będzie więcej? To tajemnica mundialu, mundialu to tajemnica”. Tajemnic – mniejszych czy większych – mamy w naszym futbolu wiele. Od poniedziałku i meczu z Węgrami wzbogacił się o kolejną. Ile goli Wilimowski strzelił Brazylii na mundialu w 1938 roku? Strasburg, rok 1938, pierwszy start reprezentacji Polski w mistrzostwach świata i od razu mecz z Brazylią. Spotkanie w Strasburgu nasi gracze przegrali 5:6. Do historii przeszedł strzelec czterech goli, Ernest Wilimowski. Wersja o jego obfitej bramkowej zdobyczy jest oficjalna – potwierdza ją w swoich dokumentach FIFA i obowiązuje w każdym polskim źródle. Leszek Jarosz, dziennikarz TVP Sport, w magazynie „Kopalnia. Sztuka futbolu” opublikował efekty swojego dwuletniego śledztwa. Okazuje się, że być może Wilimowski wcale tych czterech goli nie strzelił, a niesłusznie zaliczono mu trafienie Fryderyka Scherfkego. Wątpliwości wzbudza piąta bramka Polaków. Ta ostatnia – ze 118. minuty dogrywki. Nad Strasburgiem już się ściemniało, padał deszcz. Gol padł po zamieszaniu pod bramką Brazylijczyków. – Dziś nie jestem w stanie stwierdzić na sto procent, kto go strzelił. Wiadomo tylko, że ostatnią bramkę dla Polski zdobył Wilimowski lub Scherfke. Ostateczna odpowiedź przyjdzie wraz z obejrzeniem zapisu filmowego, jeżeli oczywiście istnieje. Wtedy bylibyśmy pewni. Albo i nie, bo może tam nie widać dokładnie, kto strzelił? – zastanawia się Jarosz. Dlaczego Pohl na prawie dwa lata zniknął z kadry? Spróbujmy wyobrazić sobie reprezentację Polski bez Roberta Lewandowskiego. A zresztą pozwólmy odpocząć wyobraźni, wystarczy wrócić do ostatniego meczu z Węgrami. Przekonaliśmy się, ile traci kadra bez „Lewego”. Kiedyś na dwa lata z narodowego zespołu zniknął inny wybitny strzelec, Ernest Pohl. Ten, który w 46 meczach kadry zdobył 39 bramek. W książce Antoniego Bugajskiego „Był sobie piłkarz” o powodach tak długiej absencji Pohla opowiada inny reprezentant z tamtego okresu, Stanisław Oślizło. Pamięcią wraca do wydarzeń z października 1962 roku po meczu Polski z Czechosłowacją. – Mieliśmy w hotelu wspólną kolację. Ernest poprosił o kufel piwa i kelner spełnił jego życzenie. Selekcjoner Ryszard Koncewicz zmarszczył brwi, zawołał kelnera i kazał mu zabrać piwo. Wziął je sprzed nosa Ernesta i postawił gdzieś przy dolnym stoliku. Ernest miał jednak ochotę się napić, więc ruszył po zabrane mu piwo. Wrócił, usiadł i zaczął sobie pić. Koncewicz mu tego nie przepuścił. Selekcjoner przyznał, że to on wnioskował o zawieszenia 30-letniego Pohla w prawach zawodniczych. Czy Gadocha wziął pieniądze od Argentyńczyków za pokonanie Włochów? Jest rok 1974. Reprezentacja Polski na mundialu w RFN zapewniła sobie w grupie awans do drugiej rundy, a czekał ją jeszcze mecz z Włochami. Na zwycięstwie naszej drużyny zależało Argentyńczykom, którym zapewniłoby ono dalsze granie. Postanowili więc zmotywować naszych graczy. 30 lat po tamtym spotkaniu Grzegorz Lato zdradził, co usłyszał od Rubena Ayali, reprezentanta Argentyny, z którym później spotkał się w klubie. – Argentyńczycy ustalili, że każdy zawodnik i dwaj trenerzy ze swojej premii za zakładany awans oddadzą Polakom po tysiąc dolarów. W sumie 24 tysiące dolarów. Do przekazania ich zobowiązał się właśnie Ayala. Jako pośrednik zdecydował się zatrzymać dla siebie sześć tysięcy – wspominał Lato. Ayala miał dostarczyć pieniądze jednemu z naszych kadrowiczów. Lato nie wymienił jego nazwiska, ale wkrótce przyjęcie dodatkowego wsparcia skojarzono z Robertem Gadochą. Problem w tym, że nie podzielił się nim z kolegami, z którymi ograł Italię. – Już nigdy nie podam mu ręki – zapowiedział Jan Tomaszewski, kolega z reprezentacji. Gadocha bronił się: – Nie wziąłem ani centa. Z piłkarzami z kadry Kazimierza Górskiego nie utrzymuje już jednak kontaktów. Co Boniek powiedział Deynie przed rzutem karnym w meczu z Argentyną na mundialu w 1978 roku? Na argentyńskim mundialu w kadrze zaczęła zarysowywać się nadchodząca zmiana pokoleniowa – wkrótce władzę mieli przejąć młodsi piłkarze, których niekwestionowanym liderem był Zbigniew Boniek. Starzy zawodnicy nie zamierzali jednak pokornie ustępować miejsca. Biało-Czerwoni mecz w drugiej rundzie z Argentyną rozpoczęli niefartownie – po kwadransie przegrywali 0:1. Siedem minut przed końcem pierwszej połowy mogli wyrównać z rzutu karnego. Do jego wykonania szykował się Kazimierz Deyna, przedstawiciel starszyzny, do którego miał podejść młokos Boniek i zaproponować: – Kaziu, jeżeli nie czujesz się na siłach, to ja mogę strzelać. Deyna nie wycofał się. Uderzył jednak słabo, bramkarz Argentyńczyków złapał piłkę. Czy wpływ na taki strzał miała osobista rywalizacja z Bońkiem? Czy ten próbował go zdeprymować? Były już prezes PZPN wielokrotnie zaprzeczał, że była to rozgrywka między nim a starym liderem. Tamten mecz Polska przegrała 0:2. Po kolejnej porażce, tym razem z Brazylią, odpadła z turnieju. Czy polskich piłkarzy otruto w NRD? Eliminacje do mistrzostw Europy w 1980 roku. Reprezentacja prowadzona już przez Ryszarda Kuleszę pojechała na wyjazdowy mecz do NRD. Po pierwszej połowie prowadziła 1:0, lecz w drugich 45 minutach nasi zawodnicy opadli z sił i stracili dwa gole. Tamta porażka miała duży wpływ na to, że nie awansowali do finałowego turnieju. Reprezentanci utrzymywali, że podczas meczu poczuli się źle i nagle stracili siły. Podczas obiadu gospodarze mieli im dosypać środki, które wywołały u nich kłopoty żołądkowe. Z powodów politycznych aferę wyciszono. Kiedy dwa lata później naszą kadrę ponownie czekał wyjazdowy mecz z NRD, tym razem przezornie zabrano z Polski jedzenie dla całej ekipy. Czy nasi zawodnicy odpuścili mecz z Portugalią, żeby utrudnić awans ZSRR? Tej plotki nigdy nie potwierdzono. Faktem jest, że w 1983 roku w eliminacjach mistrzostw Europy reprezentanci stracili już szanse na awans. Do rozegrania pozostał im mecz z Portugalią. Przeciwnicy pozostawali w grze o awans, a do tego potrzebowali zwycięstwa w Polsce. O wyjście z grupy rywalizowali z ZSRR, którego nad Wisłą – delikatnie mówiąc – nie darzono sympatią. Nasi reprezentanci mecz z Portugalią przegrali 0:1. 15 tysięcy kibiców obecnych na Stadionie Olimpijskim nie przejęło się porażką. Gol dla Portugalii nagrodzono brawami, widzowie ułożyli ręce w charakterystycznym, solidarnościowym geście „V”. – Czy odpuściliśmy z przyczyn politycznych? Ja na pewno nie – odpowiada występujący w tamtym meczu Adam Kensy. – Byłem w tej drużynie nowy. A za innych nie będę się wypowiadał. Portugalczykom bardzo zależało na wygranej. My wpadliśmy w dołek, brakowało wielu gwiazd z hiszpańskiego mundialu. Czy przed IO w Barcelonie polscy piłkarze stosowali doping? Przed wylotem polskich piłkarzy na IO w 1992 roku u trzech z nich wykryto niedozwolone środki. Podwyższony poziom testosteronu miał Dariusz Koseła, Aleksander Kłak i Piotr Świerczewski. Sprawę zamieciono pod dywan, a cała trójka poleciała do Barcelony. Ich trener Janusz Wójcik bronił się, że zawinili kontrolerzy, a „próbki były pobierane w warunkach urągających nie tylko zasadom badania dopingu, ale zwykłej higieny i porządku”. I w ogóle to była zemsta działaczy na nim za to, że organizacyjnie wyniósł kadrę olimpijską nawet ponad pierwszą reprezentację. Po prawie 30 latach do sprawy wrócił Piotr Żelazny w magazynie „Kopalnia. Sztuka futbolu”: „Polski sport szybko poradził sobie z wyrzutami sumienia. Sprawa dopingu piłkarzy przestała interesować opinię publiczną, aż w końcu zaczęła funkcjonować jako historyjka, w której nie wiadomo, co jest prawdą. Tymczasem fakty są jednoznaczne. Trzech zawodników powinno zostać zdyskwalifikowanych i opuścić igrzyska. Tak jak kilka miesięcy wcześniej do Albertville nie pojechało trzech hokeistów złapanych na koksie. Różnica polegała na tym, że Polski Związek Hokejowy zdecydował, że winnych ukarze, a PZPN zrobił, co mógł, by tego nie robić”. Dlaczego Boniek po pięciu meczach podał się do dymisji jako selekcjoner? Zbigniew Boniek poprowadził reprezentację w pięciu meczach: dwa z nich wygrał, jeden zremisował, dwa przegrał i niespodziewanie podał się do dymisji. Zaskoczył wszystkich – piłkarzy, kibiców czy przełożonego. Michał Listkiewicz, ówczesny prezes PZPN, opisuje tamte wydarzenia w autobiografii „Listek”: „Zbyszek nie zwolnił się przez wysłanie rezygnacji faksem, jak opowiadano. Zadzwonił do mnie: – Słuchaj, nie będę wchodził w szczegóły, ale rezygnuję. Mam ważne powody. – To jakiś żart? Nie wygłupiaj się. – Nie chcę teraz o tym rozmawiać. – Zbyszek, umówmy się, nie było tej rozmowy. Za dwa tygodnie przylecisz z Rzymu, usiądziemy i pogadamy. Niech emocje opadną. Nie było tej rozmowy – powtórzyłem. – Decyzja jest nieodwołalna. Do dziś nie mam pojęcia, skąd taka decyzja. Gdy opadł kurz, odezwałem się do niego z pytaniem, co się stało. – Teraz nie mogę, ale kiedyś powiem ci o powodach – obiecał. Wciąż się nie dowiedziałem. Już do tego nie wracam, bo po co?”. Dlaczego Janas nie zabrał na mundial Dudka, Frankowskiego i Kłosa? Reprezentacja Polski w efektowny sposób przeszła przez eliminacje mundialu w 2006 roku. Nauczeni doświadczeniami sprzed czterech lat i przegranym turniejem w Azji, szefowie PZPN pilnowali, żeby tym razem o kadrze mówiło się tylko w kontekście jej gry, a nie wydarzeń spoza boiska. Do pewnego momentu wszystko szło zgodnie z ich planem. A dokładnie do ogłoszeń powołań na turniej. Paweł Janas zszokował pominięciem doświadczonych: Jerzego Dudka czy Tomaszów – Frankowskiego, Kłosa i Rząsę. Do dziś w zasadzie nie wiadomo, dlaczego zdecydował się na tak gwałtowny przewrót w swoim zespole. Jedna z wersji zakłada, że obawiał się, jak zawodnicy z taką pozycją zniosą siedzenie na ławce, bo taką rolę dla nich szykował. Ci bardziej nieprzychylni Janasowi podrzucali tropy, że wpływ na jego nominacje mieli piłkarscy menedżerowie. Dlaczego Sousa zlekceważył mecz z Węgrami i rozstawienie w barażach do mundialu w Katarze? Przez niespodziewaną porażkę na Stadionie Narodowym nasi piłkarze utrudnili sobie drogę do mistrzostw świata i dziś muszą liczyć na szczęście w losowaniu, żeby nie wpaść od razu na Włochów czy Portugalczyków. A żeby było jeszcze trudniej – najbliższy mecz zagrają na wyjeździe. Na razie selekcjoner nie umie przekonująco wytłumaczyć, dlaczego w tak ważnym meczu zrezygnował z liderów swojego zespołu – Robert Lewandowski i Kamil Glik dostali wolne, a Piotr Zieliński rozpoczął spotkanie na ławce. Bez winy może nie być i sam kapitan, który mógł uznać, że potrzebuje odpoczynku i odpuści mecz z Węgrami. A ze zdaniem najlepszego piłkarza na świecie musi liczyć się każdy trener. Znakiem zapytania pozostaje, dlaczego Lewandowski zagrał trzy dni wcześniej ze znacznie słabszą Andorą, a zabrakło go, gdy reprezentacja przeciwko silniejszemu rywalowi musiała zadbać o rozstawienie w losowaniu barażów. Kamera związkowego bloga „Łączy nas piłka” zarejestrowała, jak zaraz po ostatnim gwizdku sędziego meczu z Węgrami, Lewandowski dopytuje Jakuba Kwiatkowskiego, menedżera reprezentacji, jakie mają szanse na rozstawienie w barażach. To może świadczyć, że kapitan nie zdawał sobie sprawy z możliwych konsekwencji porażki z Węgrami. WYJĄTKOWY ROK 2018 WIELKI JUBILEUSZ – ŚWIĘTO POLSKIEJ PIŁKI RĘCZNEJ! W 2018 ROKU MIJA 100 LAT OD MOMENTU, KIEDY TA NIEZWYKLE POPULARNA DZIŚ NA ŚWIECIE DYSCYPLINA SPORTU MIAŁA SWOJĄ PIERWSZĄ ODSŁONĘ NA ZIEMIACH POLSKICH, A DOKŁADNIE W SZCZYPIORNIE. W tym miejscu będziemy prezentować najważniejsze informacje związane z Jubileuszem 100 lecia Polskiej Piłki Ręcznej. Aktualności: Niedziela, 13 czerwca 2021 r. 09:52 Bodziach, źródło: - Wiadomość archiwalnaKolejna publikacja wydana z okazji 100-lecia Przeglądu Sportowego to album zatytułowany "100 lat polskiego sportu" (1921-2021). Licząca 200 stron kronika wydana została w pełnym kolorze, w formie broszurowej formatu kroniki postanowili przypomnieć najważniejsze wydarzenia z udziałem polskich sportowców, zarówno drużynowych, jak i tych osiąganych indywidualnie. Całość przedstawiona została chronologicznie, więc możemy przeczytać o występach polskich sportowców na kolejnych Igrzyskach Olimpijskich, jak również Mistrzostwach Świata w różnych dyscyplinach. Poza tekstami głównymi, w których często przytaczane są dawne relacje z Przeglądu Sportowego, na marginesach przygotowano swego rodzaju kalendarium wydarzeń. Tam przedstawiono ważniejsze wyniki Polaków na międzynarodowych zawodach we wszystkich dyscyplinach. "23 października 1964. Irena Grudzień nie ma głowy do pracy, a nawet gdyby chciała, nie ma możliwości. Na Legię, gdzie pracuje, co rusz ktoś przychodzi z gratulacjami. Uściskom nie ma końca. Przecież jej kochany Józek ma olimpijskie złoto. 'A nie był nawet mistrzem Polski...' - przypomina małżonka złotego medalisty. Pani Irena chce na moment wyjść do domu, by podzielić się radością z synkami - Mariuszem i Robertem. Barannikow znów atakuje, ale Grudniowi wychodzą kontry. Jedna z nich, z prawej, jest mocna i widać, że Barannikow ją odczuł. Grudzień teraz łatwiej punktuje. Bokser radziecki rzuca wszystko na szalę, ale czujemy, że zwycięstwo Polaka jest pewne" - pisał nasz korespondent Jerzy Zmarzlik. W tokijskiej hali Korakuen polscy pięściarze zamieniają się w poszukiwaczy złota. Po walce Grudnia do ringu na swój finał wchodzi Jerzy Kulej" - czytamy w jednej z relacji. Legijnych akcentów w publikacji nie brakuje, bo jak wiadomo, sportowcy Legii przez wiele lat zaliczali się do ścisłej czołówki w wielu dyscyplinach. Możemy przeczytać nie tylko o sukcesach piłkarzy (półfinał Pucharu Europy i półfinał Pucharu Zdobywców Pucharów), ale i o legijnych szermierzach, lekkoatletach, jeźdźcach, zapaśnikach i wielu innych. Całość oczywiście okraszona jest archiwalnymi fotografiami, czy tytułami z dawnych wydań PS. W relacji zatytułowanej "Najszybszy biały człowiek" możemy przeczytać o występie Mariana Woronina. "Gdy 9 czerwca 1984 podczas Memoriału Janusza Kusocińskiego w Warszawie, Marian Woronin przebiegł 100 metrów na stadionie Skry w sekundy, wynik ten - lepszy o od rekordu Europy Włocha Pietro Mennei - przemówił nie tylko do wyobrańni Polaków. W tym momencie bowiem sprinter warszawskiej Legii stał się jednym z kilku najszybszych ludzi w historii. Osiągnięty w specjalnych warunkach rekord świata Afroamerykanina Calvina Smitha wynosił ale rezultaty poniżej 10 sekund były naówczas osiągane bardzo rzadko. Gdy inny reprezentant USA Carl Lewis biegł 4 sierpnia 1984 roku po złoty medal olimpijski w Los Angeles, zmierzono mu raptem s. Czyli był zaledwie o jedną setną, a tak naprawdę o dwie tysięczne szybszy od Woronina, któremu zmierzono na Skrze sekundy. Skra pozostawała w takiej samej ruinie jak teraz. Połowa trybun groziła zawaleniem, więc widzowie zasiadali tylko z jednej strony stadionu. Jedynie tartan przydawał obiektowi znamion nowoczesności. Entuzjazm publiczności oklaskującej Woronina był jednak przeogromny. Tym bardziej, że w trakcie zawodów ogłoszono, iż legionista uzyskał Dopiero gruntowna analiza fotograficzna wykazała, że zgodnie z regułami IAAF trzeba zaokrąglić jako i taki wynik podano w formie sprostowania następnego dnia. Wywołało to burzę protestów" - czytamy na jednej ze stron. W albumie przeczytamy również o "Rycerzu Kowalczyk i jego koniu Artemorze", "Królach rzutów i suplesów" (zapaśnikach, którzy wywalczyli medale w Seulu), "Szabliście Wszech Czasów" (Jerzym Pawłowskim), "Drugiej młodości Brychczego", Andrzeju Gołocie i wielu innych sportowcach Legii, pięcioboistach i zawodnikach sekcji strzeleckiej, którzy zdobywali liczne medale na międzynarodowych imprezach. Na koniec publikacji przedstawieni zostali kolejni mistrzowie Polski w dyscyplinach drużynowych (piłka nożna, siatkówka, koszykówka, piłka ręczna, hokej, hokej na trawie), przypomniano redaktorów naczelnych PS z różnych okresów, a także zaprezentowano listę laureatów plebiscytu Przeglądu Sportowego. Przygotowano również kalendarium samego PS - ważne daty pod względem zmian wydawniczych i wyglądu gazety, a na koniec "Historię w obrazkach", czyli jak zmieniała się szata graficzna PS od 1921 roku. Bardzo ciekawa, przekrojowa publikacja, dzięki której możemy w dużym skrócie prześledzić najważniejsze wydarzenia sportowe ostatniego stulecia. Tytuł: Kronika 100 lat polskiego sportu Autor: praca zbiorowa (red. prowadzący Piotr Wesołowski) Wydawnictwo: Ringier Axel Springer Rok wydania: 2021 Liczba stron: 200 Cena okładkowa: 25 zł Więcej recenzji książek w dziale Biblioteka legionisty. W pierwszy piÄ…tek lutego br., w Czytelni Powiatowej i Miejskiej Biblioteki Publicznej w Kole, odbyĹ‚o siÄ™ spotkanie promujÄ…ce ksiÄ…ĹĽkÄ™ WĹ‚adysĹ‚awa ZieleĹ›kiewicza “100 lat polskiej piĹ‚ki rÄ™cznej 1918-2018”. Zanim powiemy kilka słów o samej publikacji, przybliĹĽymy PaĹ„stwu postać autora. WĹ‚adysĹ‚aw ZieleĹ›kiewicz (ur. 9 lutego 1951 r. w Grzegorzewie) jest ekonomistÄ…, absolwentem Uniwersytetu MikoĹ‚aja Kopernika w Toruniu (1975). Przez wiele lat zwiÄ…zany byĹ‚ ze spółdzielczoĹ›ciÄ…, przez dekadÄ™ z bankowoĹ›ciÄ…, później jako pracownik samorzÄ…dowy ze Starostwem w Kole (od niedawna na emeryturze). ByĹ‚ wieloletnim dziaĹ‚aczem spoĹ‚ecznym i animatorem kultury. Jest autorem publikacji: “Gwiazdy zimowych aren” (1992), “Encyklopedia sportĂłw zimowych” (2002), “Historia polskiego hokeja na lodzie” (2006) “90…” i “95 lat polskiej piĹ‚ki rÄ™cznej” (2008, 2013) oraz “Polska siatkĂłwka w liczbach” (2010). Od roku 2010 współpracuje z miesiÄ™cznikiem “Handball Polska”, jest autorem ponad 80 artykułów w cyklu “Na kartach historii” oraz kilku opracowaĹ„ o charakterze lokalnym, w tym “Kroniki 70 – lecia LZS i KS OrzeĹ‚ Grzegorzew” (2018). O publikacji. Opracowanie “100 lat polskiej piĹ‚ki rÄ™cznej 1918-2018” jest zbiorem informacji o jej poczÄ…tkach i rozwoju. Przedstawia historiÄ™ zmagaĹ„ o mistrzostwo kraju w druĹĽynach siedmio- jedenastoosobowych oraz w odmianie plaĹĽowej i  popularnej kiedyĹ› hazenie. WaĹĽne miejsce zajmujÄ… osiÄ…gniÄ™cia Polski na arenie miÄ™dzynarodowej, zarĂłwno te znaczone medalami duĹĽych jak i mniejszych rangÄ… imprez. IntegralnÄ… częściÄ… publikacji sÄ… informacje o najwaĹĽniejszych wydarzeniach z dziaĹ‚alnoĹ›ci ZPRP. W stosunku do wydania wczeĹ›niejszego wiele wÄ…tkĂłw zostaĹ‚o wzbogaconych bÄ…dĹş rozwiniÄ™tych, pojawiĹ‚y się teĹĽ nowe nazwiska oraz treĹ›ci opisujÄ…ce mniej znane fakty. NajwiÄ™cej zmian, uzupeĹ‚nieĹ„ i aktualizacji dotyczy udziaĹ‚u naszych druĹĽyn narodowych w Igrzyskach Olimpijskich, Ministrostwach Ĺšwiata i Europy oraz meczĂłw miÄ™dzypaĹ„stwowych reprezentacji kobiet i mężczyzn. KsiÄ…ĹĽnica kolska dziÄ™ki WĹ‚adysĹ‚awowi ZieleĹ›kiewiczowi, ktĂłry kronikarskÄ… pasjÄ™ sportowÄ…Â odkryĹ‚ juĹĽ jako 12 – latek, wzbogaciĹ‚a dotychczas posiadane w zbiorach publikacje autora o  numery “Handball Polska” oraz “KronikÄ™ 70-lecia Ludowego ZespoĹ‚u Sportowego i KS OrzeĹ‚ Grzegorzew”. Reprezentacja Polski była w tak nieciekawym miejscu, że potrzebowała mocnego wstrząsu. W desperacji wielu ludzi zaczęło się zgadzać, że może jej pomóc jedynie ktoś pokroju Janusza Wójcika – trenera z cechami szarlatana Wielka obawa prezesa PZPN wiązała się z przekonaniem, że Wójcik będzie selekcjonerem zupełnie niesterowalnym. Nie chodziło o to, że szef PZPN chciałby go ubezwłasnowolnić, ale tu w grę wchodziła druga skrajność, czyli funkcjonowanie poza wszelką kontrolą Szef PZPN ciągle się wahał i w końcu sprawy w swoje ręce wziął wreszcie Wójcik, postępując według znanej politycznej zasady, że prawdziwy lider nie dostaje władzy – on po nią sięga. Po latach przyznawał, że w staraniach o posadę selekcjonera wykorzystał znajomość z prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim Wójcik, podobnie jak na swojej inauguracyjnej konferencji selekcjoner Czesław Michniewicz, na dzień dobry musiał się zmierzyć z niewyjaśnioną historią z przeszłości, dotyczącą dopingu u swoich piłkarzy Więcej takich historii znajdziesz na stronie głównej *** >> Artykuł pochodzi z "PS Historia", dodatku do "Przeglądu Sportowego", który ukazuje się co czwartek. Tutaj przeczytasz więcej niesamowitych historii<< *** To był trudny czas dla piłkarskiej reprezentacji Polski. Biało-Czerwoni już po raz trzeci z rzędu nie awansowali do finałów mistrzostw świata, co dla kraju, który wcześniej wracał z mundialów z medalami i budził respekt każdego rywala, było poważnym problemem. Wprawdzie kłopotów nie brakowało też piłce klubowej, co jednak nie przeszkodziło, by nasze drużyny przez dwa kolejne sezony awansowały do fazy grupowej Ligi Mistrzów i w miarę nieźle tam sobie radziły. Ten fakt był niczym akt oskarżenia wobec PZPN: skoro Legia Warszawa i Widzew Łódź mimo wszystko, choć na chwilę, potrafią pod względem sportowym równać do europejskiego poziomu, dlaczego nie udaje się to pierwszej reprezentacji? Nikt nie znał sensownej odpowiedzi. Zobacz także: Strzelił najważniejszego gola w historii polskiej piłki. "Chyba powinni wiedzieć, jak się nazywam" Znowu wakat Szef federacji Marian Dziurowicz na selekcjonera zatrudnił nawet architekta dawnych sukcesów kadry Antoniego Piechniczka, ale okazało się, że to już inna piłkarska epoka, nie da się powtórzyć starej historii, tym bardziej że legendarny trener wracał do Polski po wielu latach spędzonych na kontraktach w Tunezji i w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Piechniczek przegrał kwalifikacje do mundialu we Francji i na stanowisku selekcjonera znowu był wakat. Dziurowicz – mocno kojarzony ze śląskim futbolem, twórca sukcesów GKS-u Katowice, a zarazem prezes PZPN – stawał przed nie lada wyzwaniem. Musiał znaleźć właściwego człowieka – takiego, który daje mocne podstawy do wiary w awans do Euro 2000 i jednocześnie na początku może liczyć na społeczny kredyt zaufania. Prezes w wyborze nowego selekcjonera nie chciał też iść pod prąd, forsować kogoś na siłę. Miał dość innych problemów, by fundować sobie następne. Marian Dziurowicz Wyspa szczęśliwa Tymczasem wśród kibiców, ale też wielu nadających ton medialnej narracji dziennikarzy coraz mocniej zaczęła się przebijać kandydatura Janusza Wójcika. To nie tak, że nie wywoływał żadnych kontrowersji, bo było wręcz odwrotnie. Coraz mocniej zaczynała się liczyć jego przeszłość w roli selekcjonera reprezentacji olimpijskiej, z którą zdobył srebrny medal na igrzyskach w 1992 r. Ten wyczyn już od pięciu lat postrzegany był jak wyspa szczęśliwa na oceanie polskich rozczarowań. Chodziło niby tylko o "olimpijczyków", lecz liczył się mechanizm: Wójcik dotarł do głów piłkarzy, umiał ich odpowiednio zmotywować, a zarazem stworzyć wokół drużyny odpowiedni klimat. Ten sukces kosztował – również dosłownie, w sensie finansowym, na dodatek trener zawsze sprawiał wrażenie człowieka dążącego do celu nawet po trupach. Tyle że narodowa drużyna w 1997 r. była w tak nieciekawym miejscu, że potrzebowała mocnego wstrząsu. W desperacji wielu ludzi zaczęło się zgadzać, że może jej pomóc jedynie ktoś pokroju Wójcika – trenera z cechami szarlatana. Giełda kandydatów 22 lipca 1997 r., czyli w przeddzień wyboru "Przegląd Sportowy" informował na okładce, że jeszcze na początku czerwca była spora grupa kandydatów na następcę Antoniego Piechniczka i wymieniał nazwiska według kolejności szans: Henryk Kasperczak, Franciszek Smuda, Edward Lorens, Paweł Janas, Janusz Wójcik, Piotr Piekarczyk, Marek Dziuba. "W drugiej połowie czerwca ukształtowała się czołówka: Wójcik, Smuda, Lorens, do której dołączył "mocno wysyłany" Grzegorz Lato. W ostatnich dniach zaczęły się przewijać kandydatury Krzysztofa Pawlaka, Jerzego Kopy, Jerzego Engela i Zdzisława Podedwornego" – skrzętnie wyliczał "PS", zaznaczając, że na ostatniej prostej na placu boju pozostali Wójcik, Lorens, Engel i Pawlak, przy czym akcje "Wójta" nagle gwałtownie poszły w górę. Okazało się, że Pawlak, który jako selekcjoner tymczasowy poprowadził Biało-Czerwonych do zwycięstwa nad Gruzją (4:1), sam zrezygnował, bo dostał ofertę pracy w Lechu Poznań. Zobacz także: Skandal po latach. Polska gwiazda zniszczona przez żonę?! Oto szczegóły Foto: Radek Pietruszka / PAP Janusz Wójcik (stoi) oraz Aleksander Kłak (L), Jerzy Brzęczek i Tomasz Wałdoch (P) Komisja mędrców Selekcjonera opiniowała specjalna "komisja mędrców" z Leszkiem Jezierskim, Ryszardem Kuleszą, Edmundem Zientarą i Władysławem Żmudą – byłym trenerem wielkiego Widzewa, z którym grał w półfinale Pucharu Mistrzów. Kandydaci oprócz bezpośredniej rozmowy musieli odpowiedzieć pisemnie na 13 pytań dotyczących nie tylko pomysłu na prowadzenie kadry, ale nawet spodziewanej wysokości i sposobu wynagrodzenia dla siebie i pozostałych członków sztabu oraz piłkarzy. Przed ostatnią turą rozmów było już jasne, że wygra Wójcik, który o selekcjonerskim stołku zaczął myśleć pewnie już minutę po ostatnim gwizdku finału olimpijskiego w Barcelonie. Wtedy jednak drużynę narodową prowadził Andrzej Strejlau. Miał mocną pozycję, tym bardziej że prezesem PZPN był Kazimierz Górski. Obaj współpracowali przy wielkich sukcesach polskiej kadry w latach 70. i byli wobec siebie lojalni. Wójcik musiał więc cierpliwie czekać, choć upojeni sukcesem młodzi olimpijczycy usiłowali pomóc swojemu wodzowi, rzucając w mediach chwytliwe i zuchwałe hasło "zmieniamy szyld i jedziemy dalej". Nic z tego. Górski się nie ugiął ani wtedy, ani rok później, gdy na następcę Strejlaua namaścił Henryka Apostela. Dalsza część tekstu pod materiałem wideo Jego krajan Potem stery w PZPN przejął Marian Dziurowicz i również nie miał zamiaru powierzać najważniejszej drużyny Wójcikowi. Gdy odszedł Apostel, wolał zatrudnić Władysława Stachurskiego, ale już wtedy chyba z planem, że ostatecznie reprezentację przejmie powracający znad Zatoki Perskiej Piechniczek. Nie chodziło tylko o nostalgię za dawną znakomitą narodową drużyną. Dziurowicz był przeświadczony, że 56-letni szkoleniowiec jest idealnym kandydatem, bo ma bezcenny bagaż szkoleniowych doświadczeń, a na dodatek jest jego krajanem, reprezentuje Śląsk (zaznaczmy, że Dziurowicz de facto pochodził z Sosnowca, ale od lat działał i urzędował z Katowicach), więc ma pełne podstawy traktować jako swojego zaufanego człowieka, w kontrze do ludzi związanych z warszawską centralą. Zobacz także: Walizka dolarów, FBI i status gwiazdy w USA. Oto Polak, który wykiwał KGB Foto: Vintage / Antoni Piechniczek jako selekcjoner reprezentacji Polski Groźba eskalacji Dlatego "Magnat" długo się ociągał w namaszczeniu Wójcika. Doskonale wiedział, że szczególnie z takim selekcjonerem może mieć masę kłopotów. "Wójt" bowiem słynął z twardego wykłócania się o korzystne warunki dla swoich olimpijczyków i wykazywał się taką wprawą, że już na etapie walki o awans do igrzysk kadra młodzieżowa miała zapewnione lepsze warunki funkcjonowania niż pierwsza narodowa drużyna, co jednak nie było normalne. "Szef Fundacji Olimpijskiej, Zbigniew Niemczycki, zwykł powtarzać: Panowie, jeśli pragniemy wymagać od zawodników rezultatów z futbolowych wyżyn, stwórzmy im warunku zbliżone do standardów przeciwników. Szkoleniowe, organizacyjne, finansowe. Nie wymagajmy od biedaka, by zachowywał się jak bogacz" – mówił Wójcik w wywiadzie dla katowickiego "Sportu". Trudno było mu odmówić trafności argumentu, ale ci, którzy go znali, nie mieli wątpliwości, że gdy zostanie selekcjonerem, nastąpi istotna eskalacja jego roszczeń i oczekiwań. Że nie będzie chodziło już tylko o odpowiednie warunki bytowe dla kadrowiczów, ale o wysokie wynagrodzenie za występy w kadrze – dla nich i oczywiście dla samego selekcjonera. Druga skrajność PZPN w tamtych czasach nie był związkiem z milionowymi oszczędnościami. Oczywiście chętnie zapłaciłby sowitą nagrodę za awans do finałów MŚ lub Euro, bo w takiej sytuacji zwyczajnie miałby z czego, ale Wójcik wyznawał inną filozofię wynagradzania piłkarzy. Oczekiwał premii za pojedyncze wygrane czy nawet zremisowane mecze, czasem także towarzyskie i z góry było jasne, że będzie przy tym mocno obstawał. Druga, z pewnością większa, obawa prezesa Dziurowicza wiązała się z przekonaniem, że Wójcik będzie selekcjonerem zupełnie niesterowalnym. Nie chodziło o to, że szef PZPN chciałby go ubezwłasnowolnić, ale tu w grę wchodziła druga skrajność, czyli funkcjonowanie poza wszelką kontrolą. On z kadry narodowej siłą rzeczy był gotów stworzyć w ramach PZPN enklawę odporną na wszelką ingerencję ze strony piłkarskich działaczy, gdzie "Narodowy", mając dodatkowo wsparcie zaprzyjaźnionych wpływowych dziennikarzy i polityków, mógłby się czuć jak szlachcic na zagrodzie. Foto: Przemek Wierzchowski / PAP Janusz Wójcik i jego następca jako selekcjoner reprezentacji Polski, Jerzy Engel (P) Ważna znajomość Dziurowicz ciągle łamał sobie głowę nad wyborem, uparcie szukał innych opcji, przesuwał czas ogłoszenia nominacji i próbował oswajać się z pomysłem, że kadrę weźmie wspomniany Lorens. Były trener Ruchu Chorzów i Górnika Zabrze oraz kadry młodzieżowej, pierwszą reprezentację miałby prowadzić razem z Jackiem Góralczykiem, koordynatorem z katowickiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej, ale pojawiły się nieprzychylne artykuły w centralnej prasie, że niewiele osiągnęli i zwyczajnie się nie nadają. Medialnie byli spaleni i Dzurowicz to rozumiał. Kto wie, co by jeszcze wykombinował, gdyby sprawy w swoje ręce nie wziął Wójcik, postępując według znanej politycznej zasady, że prawdziwy lider nie dostaje władzy – on po nią sięga. Po latach przyznawał, że w staraniach o posadę selekcjonera wykorzystał dawną znajomość z Aleksandrem Kwaśniewskim, który na jego szczęście lubił i bardzo cenił trenera Wójcika, a dużo mógł, bo wtedy był już prezydentem Polski. W Łodzi na trybunach Przełom nastąpił 29 czerwca podczas finału Pucharu Polski Legia – GKS Katowice (2:0), który odbył się w Łodzi na stadionie ŁKS. Honorowym gościem był prezydent Kwaśniewski, który mecz oglądał w towarzystwie prezesa Dziurowicza. Wójcik wiedział, że to dla niego wyjątkowa okazja, więc też pojawił się na trybunach. Założył, że jeśli zauważy go Kwaśniewski, na pewno zaprosi do wspólnego oglądania. Miał rację. Gdy już usiadł przy prezydencie, temat rozmowy w naturalny sposób błyskawicznie zszedł na kwestię nieobsadzonego stanowiska selekcjonera kadry narodowej. Było tak, jak spodziewał się Wójcik – prezydent nie widział lepszego kandydata od niego. Wójcik kuł żelazo, póki gorące, więc mając świadomość, że rozmowie przysłuchuje się szef PZPN, ochoczo zadeklarował, że gdyby dostał ofertę prowadzenia najważniejszej kadry narodowej, oczywiście by nie odmówił. Reszta należała już do prezydenta, który nie czekając na kolejną okazję, bo przecież miał też inne sprawy na głowie, przekazał Dziurowiczowi, że jego zdaniem, Wójcik, skoro zgłasza gotowość, powinien przejąć stery reprezentacji. Przeszkody usunięte Gdyby prezes PZPN miał innego mocnego kandydata, być może by oponował. W zaistniałej sytuacji się ugiął, w czym oprócz kurtuazyjnej uległości wobec życzenia głowy państwa było jednak także wyrachowanie. W ten sposób z jego barków zdejmowana była odpowiedzialność za konsekwencje tej nominacji. Zgodził się na nią, bo osobiście nalegał cieszący się dużym poparciem społecznym prezydent RP i nie tylko on, bo i naród domagał się Wójcika. W TVP zorganizowano nawet konkurs audiotele (widzowie telefonując wskazywali na swojego kandydata) i jak należało się spodziewać, swoisty sondaż w cuglach wygrał Wójcik. Te dwa aspekty– życzenie prezydenta i "wola ludu" – sprawiły, że już nikt nie szukał konkurenta dla Wójcika. Przeszkody zostały usunięte. Wszystko zaczęło działać na jego korzyść, nawet to, że przez trzy ostatnie lata pracował dla szejków, z dala od kraju. Wójcik z czarującym uśmiechem argumentował, że dzięki temu mógł nabrać do polskiego i europejskiego futbolu twórczego dystansu, popatrzeć z innej perspektywy. Foto: Marcin Obara / PAP Janusz Wójcik podczas promocji autobiografii "Wójt" (2014) Klub Aktora Konferencja prasowa, podczas której PZPN 23 lipca 1997 r. ogłaszał nowego selekcjonera, odbyła się w Klubie Aktora i Wójcik rzeczywiście czuł się na niej jak wyluzowany gwiazdor filmowy. Triumfował i napawał się sukcesem. Zresztą nie tylko on. Na konferencję w roli widza przyszedł nawet Wojciech Kowalczyk, jeden z ulubionych piłkarzy Wójcika z kadry olimpijskiej i z Legii. Z poprzednim selekcjonerem Antonim Piechniczkiem było mu nie po drodze. "To mój najszczęśliwszy – po srebrnym medalu w Barcelonie, sukcesach z Legią i podpisaniu kontraktu w Hiszpanii – dzień w sportowej karierze" – powiedział dziennikarzom "Kowal". Szczwany lis Zwycięstwo Wójcika było wielkie, a jednak nie totalne. Musiał się zgodzić na asystenta Lorensa. "Szczwany lis Dziurowicz nakłonił obu, by sami ustalili warunki współpracy. Śląski Magnat zgodził się na wybór Wójcika, ale podesłał od razu "kukułcze jajo" w postaci trenera z Chorzowa, prowadzącego dotychczas bez sukcesów młodzieżówkę. Wójcik jeszcze nie rozpoczął pracy z reprezentacją, a już popełnił podstawowy błąd. Przyjął twardy warunek prezesa, godząc się na współpracę z głównym rywalem do posady selekcjonera, który zapewne będzie czyhać na potknięcie pierwszego, aby natychmiast zająć jego miejsce" – jednak z przesadą ostrzegał "PS". Dziurowicz przyznawał, że wyboru dokonano jednogłośnie. Janusz Atlas na łamach Magazynu Sportowego (cotygodniowego dodatku trzech dzienników — Przeglądu Sportowego, Sportu i Tempa) zauważył jednak, że sześciu przedstawicieli prezydium związku podczas konferencji, na której prezentowano nowego selekcjonera, mimo wyborczej jednomyślności miny miało nietęgie. "Po prawdzie, trudno się dziwić. Już pięć, trzy, dwa, rok, a nawet dwa miesiące temu, pięciu z tej szóstki było przeciw choćby zastanowieniu się nad kandydaturą osoby dzisiejszego wybrańca!" – konstatował Atlas. Pytanie o doping Wójcik, podobnie jak na swojej inauguracyjnej konferencji selekcjoner Czesław Michniewicz, na dzień dobry musiał się zmierzyć z niewygodnym pytaniem dotyczącym przeszłości. I nie były to pytania o pamiętny mecz Wisła Kraków – Legia Warszawa, który wygrali prowadzeni przez Wójcika goście aż 6:0, dzięki czemu dobyli mistrzostwo Polski, tyle że PZPN na podstawie własnych ustaleń zawyrokował, iż wynik meczu był ustawiony i tytuł legionistom odebrał. Tym razem Wójcik nie musiał się mierzyć z tą historią, pewnie dlatego, że uparcie uważał się za osobę poszkodowaną, trochę na zasadzie, że przecież wszyscy kombinowali, a jednak największą karę poniosła jego drużyna. Podczas ogłaszania selekcjonerskiej nominacji nowy selekcjoner został zapytany przez reportera Radia Katowice o sprawę niedozwolonych środków dopingujących w organizmach trzech piłkarzy jego drużyny, która później zdobyła srebrny medal olimpijski w Barcelonie. Pierwsza kontrola stwierdziła zakazaną farmakologię i pozostało podejrzenie, że wyniki badań drugich próbek zostały zmanipulowane. Gdyby to była prawda, sukces olimpijczyków Wójcika postrzegany byłby w zupełnie innym świetle. Dlatego Wójcik – tak jak Michniewicz w sprawie intensywnych połączeń z "Fryzjerem" – musiał się liczyć, że któryś z dziennikarzy wróci do tego tematu. Foto: Leszek Szymański / PAP Cezary Kulesza (L) i Czesław Michniewicz (P) podczas ogłoszenia nazwiska nowego selekcjonera reprezentacji Polski Wypisz-wymaluj Wójcik nie da się zbić z tropu i z charakterystycznym obezwładniającym uśmiechem zareagował na pewno spokojniej niż obecny selekcjoner. Tak opisał tę sytuację Janusz Atlas: "Pytanie radiowego reportera, choć niezbyt eleganckie – zważywszy na okoliczność spotkania – dobrze, że padło. Bo Wójcik odpowiedział na nie zgodnie z protokołem końcowym. Były poszlaki, ale nie znalazły potwierdzenia. Nie ma dowodów, że piłkarzom-olimpijczykom ktokolwiek, tym bardziej za zgodą trenera, podawał "koks". Jednak ciągnie się zła legenda i jej Wójcik też będzie musiał stawiać czoła, niezależnie od codziennej pracy nad poprawą narodowego futbolu. Już stawia". Dwa ostatnie zdania to wypisz-wymaluj sytuacja, z jaką od lutego zmaga się też obecny selekcjoner. Na przyjęciu Rzucało się w oczy, że Wójcik był ulepiony z zupełnie innej gliny niż zacni trenerzy związani z futbolową centralą, którzy godzinami dyskutowali o systemach szkoleniu i wychowaniu młodzieży. W tym kontekście "Wójt" zawsze chciał iść drogą na skróty. Stawiał na motywowanie i mobilizację, mrówcza praca u podstaw to zdecydowanie nie było jego działka. Znamienne, że gdy został selekcjonerem, w jednym z modnych lokali urządził dla swoich przyjaciół i znajomych wystawne przyjęcie. Wszyscy świętowali sukces, na który czekali od igrzysk w Barcelonie. A wśród poklepujących go biesiadników nie brakowało piłkarzy, działaczy, biznesmenów, polityków i dziennikarze, bo o dobre relacje z grupą wybrańców potrafił zadbać, jak mało kto. Oddech Lorensa W Klubie Aktora też tryskał humorem, którego nie mogło mu zmącić żadna zaczepka. W żart obracał też pytanie o nowego asystenta, który przecież też ubiegał się o selekcjonerski fotel. "Czy nie będzie pan plechach oddechu Edwarda Lorensa?". "Cały czas czuję jego świeży oddech i myślę, że będziemy razem oddychać" – odparł, wywołując wesołość. Nie chciał mówić o zarobkach, czarował, że to nie ma dla niego większego znaczenia, ale było jasne, że twardo negocjował uposażenie. Podstawowa pensja była na pewno wyższa niż w przypadku poprzednika (z dzisiejszej perspektywy to zadziwiająco niska jak na tę funkcję kwota – 10 tys. złotych miesięcznie), ale prawdziwe frukty czekały go dopiero przy wypłatach premii, o które konsekwentnie w imieniu drużyny, a tak naprawdę swoim zabiegał. Jak niegrzeczny dzieciak Z Lorensem też się wreszcie rozprawił. W gronie znajomych chętnie go dyskredytował i wręcz obrażał, a jego określenie "Edek z fabryki kredek" stało się już legendarne. Był na tyle pewny siebie, że zapewniał – ku satysfakcji Dziurowicza – że nikt mu Lorensa nie narzucał. Że wybrał go sam, bo chciał mu dać szansę, w końcu wcześniej pracował w młodzieżówce. I trzeba przyznać, że upierając się przy taką wersję zdarzeń, łatwiej było mu się Lorensa pozbyć. Skoro niby z własnej woli go zatrudnił, to również sam doprowadził do zwolnienia. Foto: Przemek Wierzchowski / PAP Janusz Wójcik w czasie treningu reprezentacji Polski Tomasz Hajto w swojej autobiograficznej książce "Ostanie rozdanie" tak opisywał relacje w sztabie kadry: – Asystentem selekcjonera został Edward Lorens, którego znałem z Zabrza – był człowiekiem Mariana Dziurowicza, prezesa PZPN, a Wójcik mało kiedy go słuchał. (….). Czy Edek Lorens czyhał na jego posadę? Nie wiem, ale to możliwe. Ich współpraca nie układała się dobrze. Selekcjoner traktował go jako ucho PZPN. Mieli też jednak zupełnie odmienny styl bycia, to było dwóch diametralnie różnych trenerów. Wójcik krzyczał, motywował, kopał na odprawach, a taktykę rywala analizowali jego asystenci. A Lorens był poukładanym, spokojnym gościem, który liznął troszkę piłki i profesjonalizmu, robił badania wydolnościowe, patrzył na piłkę analitycznie. Widziałem, jaki ma warsztat, wiedziałem, że potrafi mnie dobrze przygotować do gry. Ale "Wujo" go nie słuchał. Śmiesznie to wyglądało, jak Lorens czasem odezwał się na odprawie, a Wójcik stał z tyłu i machał rękoma, zakrywał oczy, łapał się za głowę, pokazywał, żeby go ignorować. Zachowywał się jak niegrzeczny dzieciak, który przedrzeźnia nauczyciela. I weź tu funkcjonuj w takiej drużynie – kogo słuchać? – analizował ówczesny obrońca reprezentacji. Bez planu Wójcik, już bez Lorensa, zleconej misji nie zdołał wykonać. Przegrał bitwę o Euro 2000, nie udało mu się awansować nawet do barażu, bo w ostatnim meczu jego zespół przegrał na wyjeździe ze Szwecją (0:2), która miała już pewny udział w mistrzostwach. "Jechaliśmy do tego Sztokholmu po punkt, ale nie mieliśmy żadnego planu, jak go zdobyć. To był kompletny chaos. Nie da się przecież zbyt długo lecieć tylko na tym, że trener robi pompkę w szatni, krzyczy, kopie po szafkach i przekonuje, że zaraz im wjebiemy. To wystarczało na Bułgarię, ale już nie na Szwecję. Trzeba było mieć jeszcze jakąś taktykę, jakiś pomysł na zespół. Wydaje mi się, że zabrakło nam wtedy trenera Lorensa, który troszeczkę by nas nakierował, bo wiadomo było, że styl Szwedów nam nie leżał. Potrzebowaliśmy jakiejś analizy, wniosków, sensownej taktyki" – oceniał Hajto w autobiografii. Straszny kociokwik Edward Lorens z w 2011 r. w wywiadzie na łamach "PS" wrócił do swojej współpracy z nieżyjącym już dzisiaj Wójcikiem. "Pamiętam straszny kociokwik, bo kiedy zostałem asystentem pierwszego trenera, to od razu zaczęła się nagonka części mediów. Mówiono o mnie, że jestem wtyczką prezesa Dziurowicza, że szpieguję i tylko czekam na potknięcie Janusza Wójcika. Osoby, które kreowały ten obraz, w cztery oczy mówiły mi, że wszystko jest ok, ale sensacja być musi. Janusz prywatnie też był cacy, ale na zewnątrz nie był szczery. A ja nie miałem poparcia, bo byłem wtedy złym Ślązakiem z Żor. Tak raz napisano, choć ja akurat urodziłem się w Żarach, czyli na ziemi lubuskiej – przedstawiał swój punkt widzenia. Wójcik spełnił swoje selekcjonerskie marzenie, ale niewiele więcej. Schemat olimpijskiej przygody w innych realiach się nie powtórzył, nie udało się stworzyć równie klasowej drużyny w warunkach pierwszej kadry narodowej. Uczynił to dopiero jego następca Jerzy Engel. Nie na długo, ale przynajmniej wystarczyło, że po raz pierwszy od szesnastu lat Biało-Czerwoni awansowali na mundial. A Wójcik po odejściu z kadry jako trener już nic godnego zapamiętania nie zrobił – oczywiście poza niechlubnym udziałem w piłkarskiej aferze korupcyjnej.

100 lat polskiej piłki ręcznej książka